Foto: ED
Jesienią
Opowiadałem już sporo o naszej wiośnie, lecie i zimie. Teraz będzie mowa o jesieni, która tchnie we mnie szczególnie dużo wspomnień. W moim życiu zdarzały się rzeczy, które przypadkiem wydarzyły się o tej porze roku i wciąż powracają w mojej pamięci za każdym razem, gdy opadają liście. Być może jest odwrotnie – ponieważ była jesień, te wydarzenia po prostu głębiej wryły się w moją pamięć, bo jestem niepoprawnym romantykiem i łatwo ulegam bólowi rozstania. Jesień to również czas, kiedy miałem okazję rozbijać kamienie. W naszym regionie kamieni nie brakowało. Czasami potrafiły być prawdziwą udręką.
Kiedy ojciec orał, zawsze miał zwisający z pługa pęk gałęzi. Jeśli napotkał silny opór narzędzia, przez co pług wypadał z bruzdy, wbijał w to miejsce gałązkę. Pod koniec dnia brał łopatę i szukał tam kamieni. Jeśli nie były za duże, wykopywał je, a czasami były wywożone.
Pamiętam pierwsze zbiory ziemniaków, kiedy ojciec zaorał rzędy, a kilka kobiet pracowało od świtu do zmierzchu, wykopując ziemniaki z ziemi motykami trójzębnymi. Takie kopanie ziemniaków zajmowało nam wiele dni i mama cieszyła się, kiedy miała go za sobą.
To była bardzo ciężka praca, po prostu już z powodu ciągłego schylania się. Później kopaczki do ziemniaków konne były używane również u mniejszych rolników, a ojciec nawet sam kupił taką kopaczkę. Ale mieliśmy też dobrego przyjaciela, Richarda Milewskiego, który przyjeżdżał ze swoją maszyną i nam pomagał. Oczywiście dopiero, gdy jego ziemniaki były już w piwnicy.
Taka maszyna zaorała rząd ziemniaków i jednocześnie rozrzucała je na odległość do dwóch metrów za pomocą obracających się zębów. To ułatwiało pracę kobietom, bo musiały tylko zbierać ziemniaki do koszy. Pełne kosze opróżniano do worków lub wrzucano do czekającej furgonetki, która zabierała je do piwnicy lub do kopca.
Na zdjęciu przede mną siedzimy przy popołudniowym podwieczorku, kopiąc ziemniaki z Richardem Milewskim i jego rodzeństwem – październik 1935 roku. Pomagaliśmy mu wcześniej w zbiorach. Tak się to zrobiło u nas. Zapłaty nigdy nie uiszczano pieniędzmi, tylko „pracą”, co oznaczało wzajemną pomoc.
Po wykopaniu ostatnich bulw pole było bronowane. Rodzina jeszcze raz przechodziła przez pole i zbierała ziemniaki, które pozostały ukryte. Znacznie później, gdy zaorano zimową bruzdę, ktoś nadal szedł za pługiem ojca z koszem, zbierając nawet te, które tkwiły głębiej w ziemi. Nic nie miało się zmarnować. Nawet uszkodzone nadawały się na paszę dla świń.
Następnie poszliśmy na buraki pastewne dla bydła. Nie była to przyjemna praca, przede wszystkim z powodu chłodu, który zazwyczaj się pojawiał. W tamtych czasach nie było maszyn do zbioru buraków. Zrywano je z ziemi ręcznie i zrzucano na stosy. Potem cała rodzina, każdy z długim nożem w ręku, podchodziła do jednego z takich stosów i ścinała liście.
Zimno było czasami tak dotkliwe, że trzeba było nosić stare rękawice. Zazwyczaj szybko przemakały i dawały niewielką ochronę. Dziadek zawsze zabierał ze sobą na pole podnóżek. Z pewnością szybciej by przemarzł, siedząc niż pracując na stojąco, gdzie można było się ciągle poruszać, ale on już zdążył wygrzebać swój krótki zimowy płaszcz i nie przejmował się zimnem. W ciągu dnia nie było jeszcze przymrozków, ale wilgoć je potęgowała. W październiku dużo padało.
Jesień była dla mnie cudowną porą, nie tylko ze względu na swój nieco melancholijny charakter, ale także ze względu na poczucie wolności, jakie odczuwałem w naturze. „Zamknięte obszary” stworzone przez żniwa, w tym „ruiny żyta”, zniknęły, gdy wszystko zostało zebrane. Jeśli doglądałeś bydła, nie stanowiło to problemu, jeśli zawędrowało na pole sąsiada. Krowy nie mogły wyrządzić żadnych szkód. Nierzadko zdarzało się, że dzieci sąsiadów doglądały swoich krów obok naszych. Ognisko z pieczeniem ziemniaków wtedy zawsze musiało być. Jesienią ogniska na polach były na porządku dziennym. Zbieraliśmy spróchniałe drewno z krzaków, które rosły wszędzie, idealne na rozpałkę, i wrzucaliśmy ziemniaki do popiołu.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym od wujka Hermanna i jeszcze niewiele o tym wiedziałem, moje ziemniaki zrobiły się czarne jak węgiel, bo były na wpół spalone.
Kiedy byliśmy z Heinzem Sutzyck, który też niewiele o tym wiedział, chwaliliśmy się nawzajem za „brykiety” i po posiłku wyglądaliśmy jak małe diablice, bo mieliśmy węgle na całych naszych twarzach. Dopiero później, dzięki doświadczeniu, nauczyliśmy się wrzucać ziemniaki nie do żaru, lecz do gorącego popiołu. Z kiszoną kapustą („Kurost”) to była prawdziwa uczta.
Najlepsze ogniska to te, które rozpalali dorośli. Martwe liście ziemniaków nie nadawały się do zaorania. Palono je na polach zaraz po zbiorach. Snop słomy służył za podpałkę, ponieważ liście były wilgotne i jeszcze lekko zielone. Ale to właśnie ten stan nadawał mu uroku: dymiło obficie i spowijało duże połacie pól mgłą. Biegliśmy wtedy przez kłęby dymu, bezskutecznie próbując je złapać.
Jeśli spędziłeś trochę czasu w tej mgle, pachniałeś jak dudek (niem. Wiedehopf). Przynajmniej tak zauważyła mama wieczorem. Zapach dymu długo utrzymywał się na naszych ubraniach. Czas jesiennych ognisk miał dla mnie szczególną magię. Nawet dziś samo siedzenie na kamieniu i wpatrywanie się w żar jest dla mnie czymś wyjątkowo pięknym. Jednakże taka okazja pojawia się niezwykle rzadko.
Günter Donder - Meine Kinderjahre in Masuren 1929 – 1945
Tłumaczenie na język polski: Uwe Hahnkamp
barbara.willan@gmail.com
Strona internetowa jest wspierana finansowo przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Redaktor strony internetowej: Ewa Dulna
Skontaktuj się z nami
mail: barbara.willan@gmail.com
tel. 606 680 218
ul. Prosta 17/3
Olsztyn 10 - 029
https://stowarzyszeniemazurskie.pl/
https://stowarzyszeniemazurskie.pl/de
Zrobione w WebWave CMS