Foto: arch.
Wciąż z wielkim trudem przychodzi mi uśmiechanie się do nieznajomych. To takie polskie. Nie umiemy się uśmiechad i jeszcze długo nie będziemy umieli. Albo nigdy nie będziemy umieli, bo epoka bezinteresownego rozdawania uśmiechów w cywilizacji zachodniej właśnie mija. (s. 268)
Temat związany z Europą zachodnią nieodmiennie przywodzi mi na myśl kilka zafiksowanych przed laty skojarzeń. Przede wszystkim chodzi o sentencję Ex orientelux, ex occidentefrux (Ze Wschodu światło, z Zachodu owoc). Ponadto w myślach co rusz powraca do mnie dość onieśmielająca opinia Ryszarda Kapuścińskiego, który uważał, że Europa „właściwa” to taki rogal ciągnący się od południowych Włoch poprzez Francję, Wielką Brytanię i Niemcy aż po Skandynawię. To ostatnie spostrzeżenie nieoczekiwanie znajduje swoje potwierdzenie, gdy ma się okazję popatrzeć na satelitarne mapy Europy wykonane nocą. Wbrew przytoczonej tu łacińskiej maksymie najjaśniejszym światłem świecą właśnie regiony wskazane przez Reportera.
Ale ad rem. Książka Katarzyny Turaj-Kalińskiej nosi wszelkie cechy utworu określanego przez literaturoznawstwo jako vieromancée. Na przykładzie własnej rodziny autorka przedstawiła w niej doświadczenia związane z odkrywaniem, oswajaniem, zawłaszczaniem, niekiedy również odrzucaniem wartości i smaków proponowanych przez tę część Europy, którą w skrócie nazywa się Zachodem. Niektóre partie tej prozy sprawiają wrażenie, że są intymnymi wypisami z niezwykle skrupulatnie prowadzonego dziennika, co w efekcie końcowym jednak tylko całość uwiarygadnia.
Już na samym początku lektury można dostrzec, jak dobrym okazał się sam zamysł zmierzenia się z tematem, który od jakiegoś czasu zaczął wywoływać w Polsce pewne kontrowersje. Po okresie groteskowo-prześmiewczego wizualizowania losów polskich emigrantów, owych wiecznych nomadów znad Wisły, przedstawianych już to przez Gombrowicza, Mrożka czy Głowackiego, z jego niemal ikoniczną Antygoną w Nowym Jorku na czele, nadszedł bowiem czas, kiedy to wszelkimi środkami próbuje się zohydzać ten czczony do niedawna Zachód sprowadzić go do formuły poprzedzonej w wieku XIX przymiotnikiem „zgniły”. Niekiedy jest to usiłowanie w natrętnej manierze narzuconej u progu lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia przez twórców słynnego filmu dokumentalnego „Mondocane”. A było to sztandarowe dzieło, którym z lubością i godną lepszej sprawy częstotliwością posługiwała się peerelowska propaganda, ukazujące rzekomą degenerację i degrengoladę kultury Zachodu, ba, całego świata kapitalistycznego. Turaj-Kalińska odważnie i z dobrym skutkiem przeciwstawia się takiemu myśleniu, podkreślając przy tym, że należy do generacji, która z różnych przyczyn rozjechała się po świecie. Z tego powodu i jej musiał być pewnie bliski przejmujący song Jacka Kaczmarskiego „Co się stało z naszą klasą?”. Z tą różnicą, że u Kaczmarskiego większość losów absolwentek i absolwentów „naszej klasy” potoczyła się na ogólnie pomyślnie, natomiast w przypadku jej rodziny sprawdziła się teza, że człowiekiem można być wszędzie, niezależnie od tego, jaka flaga powiewa na budynkach administracji państwowej, a także od tego, kiedy i czy w ogóle, obchodzi się tam jakieś święto o charakterze narodowym.
Autorka wie, że w najbliższym czasie jej wnuki raczej nie wrócą do Polski, mimo to nie ustaje w wysiłkach przybliżenia im choćby rudymentów polskości, cokolwiek zresztą miałoby to oznaczać. Jest bowiem w pełni świadoma tego, że kod ten stał się dla nich niejednokrotnie nieczytelnym już palimpsestem, jak w przypadku nazwisk polskich dowódców z czasów kampanii napoleońskich wyrytych na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Niemniej jednak rysująca się wizja wyalienowania wnuków z otuliny tworzonej przez polszczyznę napawa ją pewnym niepokojem. Tak czy inaczej, podobne wyzwania stoją (lub wkrótce staną) przed niejednym z nas.
Eseistyczna książka Turaj-Kalińskiej jest znakomitym świadectwem przemyśleń i doznań osoby urodzonej w okresie październikowej Odwilży roku 1956, której dane było obserwować z różnej perspektywy kilka dziesięcioleci historii najnowszej. Wielki Brat Zachód to coś w rodzaju alternatywnego podręcznika do przedmiotu określanego do niedawna jako „wiedza o społeczeństwie”. Z tym, że jest to oczywiście jedynie quasi-podręcznik, ale za to napisany z beletrystycznym zacięciem, przez co praca ta pozbawiona jest, jak sama autorka powiada, „dydaktycznego smrodku”. Inaczej mówiąc, Turaj-Kalińska nie narzuca innym siłą swojej koncepcji na takie lub inne przeżywanie swojego życia, nie sugeruje, gdzie najkorzystniej byłoby zakotwiczyć się na dłużej, nie wskazuje palcem „ziemi obiecanej” etc. Po prostu wybiera opcję korzystną dla siebie, bez podporządkowywania jej jakimś nadrzędnym, niekiedy wyimaginowanym celom, które przecież nierzadko dezaktualizują się szybciej niż myślimy. Stąd też wynika kolejny walor tej książki, a jest nim przypomnienie pewnych epizodów i wydarzeń z historii najnowszej– oddalonych z punktu widzenia człowieka młodego o całą wieczność.
W swoim, że tak powiem, „implementowaniu” realiów świata zachodniego autorka jest całą sobą, często eksponując różne doznania i przeżycia, niekiedy może nawet błahostki. To różni ją nieco od strategii, jaką zwykł posługiwać się na przykład obyty na europejskich salonach Zbigniew Herbert. Autor Barbarzyńcy w ogrodzie sfokusowany był bowiem głównie na warstwie artystycznej rzeczywistości zastanej na Zachodzie, co poniekąd z miejsca czyniło jego sądy bardziej pomnikowymi i automatycznie zamieniało w wykład uniwersytecki. Poeta nie bawił się więc przykładowo w donoszenie światu o uciążliwościach związanych z drobiazgową kontrolą graniczną. U Turaj-Kalińskiej narracja może nie jest aż tak monumentalna, ale za to zdaje się być bardziej zbliżona, jak pisał Grochowiak, do „krwioobiegu”. Czasem dokonane przez autorkę obserwacje zahaczają o sprawy wręcz trywialne, jak chociażby w akapicie dotyczącym tzw. naturalnego wyglądu zewnętrznego kobiet w Belgii, niestosujących makijażu ani niemalujących siwych włosów, co przez Europejki ze Wschodu postrzegane bywa niekiedy, całkiem zresztą niesłusznie, jako zaniedbanie lub nawet całkowita abnegacja.
Wszystko to razem wzięte nie oznacza bynajmniej, że Turaj-Kalińskiej brakuje erudycji i umiejętności posługiwania się nią. Jest z wykształcenia fizykiem, ale z zamiłowania humanistką i dlatego znakomicie funkcjonuje w świecie utkanym z wszelkiego rodzaju kulturowych odniesień i metafor. Stąd też przy opisie niemal każdego epizodu ma na podorędziu jakiś odpowiedni cytat lub podbudowany uniwersalnym szyfrem komentarz. Widać zresztą, że wielkie piśmiennictwo światowe silnie ukształtowało jej osobowość, o czym niechaj zaświadczy choćby to, że podczas odwiedzin na paryskim cmentarzu Père-Lachaise swe kroki w pierwszej kolejności skierowała do grobu Heloizy i Abelarda. Wizyta w Wenecji, już niejako nolensvolens, ewokowała w niej skojarzenia z Tomaszem Mannem i Gustawem Mahlerem, a ponadto jeszcze z Szekspirowskim Otellem. Nie inaczej było podczas wyjazdu z trupą teatralną prowadzoną przez jej matkę, Zofię Kalińską, do Danii, gdzie niejako samoistnie narzucają się odwołania do zamku w Elsynor (Helsingør) i Hamleta, ale także do Andersena i stworzonej przezeń postaci Małej Syreny. Niejednokrotnie w jej rozważaniach pojawia się też jakieś nawiązanie do Czechowa. W jakiejś mierze dzieje się to zapewne w związku z tym, że to właśnie ów pisarz zdołał utrwalić w powszechnej świadomości, chyba jak nikt inny, archetyp nieustępliwego i bezdusznego urzędnika. A urzędnicy, zwłaszcza ci zatrudnieni w placówkach obsługujących sprawy związane z tranzytem z jednego kraju do drugiego, niejednokrotnie stają się przedmiotem uszczypliwych uwag autorki. Być może ta idiosynkrazja na służby graniczne i celne jest swego rodzaju atawizmem wdrukowanym w genotyp obywatelom państw zamkniętych przez cztery dziesięciolecia za „żelazną kurtyną”?
Jednako wiele istotniejsze są rozważania na temat niektórych nacji europejskich. Autorka zdaje sobie przy tym sprawę, że nie powinna powielać w tej kwestii schematycznych, stereotypowych opinii. Dzięki temu zbalansowaniu udaje jej się pogodzić swój podziw do pewnych zjawisk i zachowań „typowych” dla danego kraju z krytycyzmem w stosunku do niego. Co ciekawe, bardziej skupia się na tzw. „małych” narodach, typu Walonowie, Flamandowie czy Duńczycy, nie szczędząc im przy tym różnego rodzaju złośliwości, natomiast w mniejszym stopniu zajmują ją tak zwani globalplayers. Niemniej jednak zauważalne jest w tekście konsekwentne pomijanie spraw związanych z Niemcami i Austrią, co w dużej mierze wynika z faktu, że, jak sama pisarka mówi, urodziła się zbyt wcześnie, by bez uprzedzeń słuchać czy używać języka niemieckiego. Toteż przebywając nawet na neutralnym z pozoru gruncie szwajcarskim autorka sugeruje, że zgoła niewinnie brzmiące słowo Spielplatz mogłoby w Polsce wzbudzić konotacje z Umschlagplatzem. Trudno się jednak z takim postawieniem sprawy zgodzić, albowiem faktycznie dająca się zauważyć gołym okiem coraz większa niechęć do języka niemieckiego nie jest jednak aż daleko zaawansowana i wspomniany wyraz prędzej mógłby wywołać skojarzenia ze szpilą lub dajmy na toplacem, na przykład betonplacem lub też placówką.
Dla odmiany podczas miesięcznego pobytu na szwedzkiej wyspie Gotlandia w młodym Niemcu przybyłym z Hamburga na spotkanie zorganizowane tam dla tłumaczy literatury raczej gotowa jest widzieć potencjalnie gorliwego kapo rodem z Auschwitz niż najzwyklejszego kolegę po fachu. Gwoli sprawiedliwości i prawdy, akurat z jego niemiecką partnerką, a także z niejaką Madame (lub Frau) Heleną H., Niemką z pochodzenia poznaną wcześniej w Paryżu, udało jej się dość szybko znaleźć wspólny język. Jeśli chodzi natomiast o Rosjan, to dowiadujemy się, że własną placówkę dyplomatyczną w Brukseli zamienili jakiś czas temu w twierdzę otoczoną drutem zwanym pieszczotliwie koncertiną.
Szczególnie interesującymi jawią się z mojego punktu widzenia uwagi Turaj-Kalińskiej zawarte w zatytułowanym nieco zaskakująco rozdziale „Buddyści pod Waterloo”. Warto więc przytoczyć kilka z nich, albowiem zdaje się, że przebijający stamtąd pacyfizm sytuuje pisarkę w pobliżu takich twórczyń jak Swiatłana Aleksijewicz (Wojna nie ma w sobie nic z kobiety) czy Dubravka Ugrešid (Ministerstwo bólu). Opisując precyzyjnie dość wyszukany rynsztunek bojowy żołnierzy biorących udział w bitwie, która na długie dziesięciolecia miała zadecydować o kształcie Europy, Turaj-Kalińska zauważyła: „Doprawdy żołnierz tamtej epoki był katedrą – konną lub pieszą – w nie mniejszym stopniu niż późnośredniowieczny rycerz. I tylko wnętrze tego cudu było wyraźnie niedopracowane – wypełniała je krwawa galareta, jak się okazywało po przebiciu kulą, lancą lub bagnetem” (s. 210). Następnie zaś dodała: „Były też w owych czasach poczciwe kobiety, które skołowane przez ówczesny system wartości rodziły dzieci z wiarą, że synowie wyrosną na dzielnych żołnierzy, a córki na matki kolejnych dzielnych żołnierzy. Jak to możliwe, że ludzkość tkwiła w podobnym błędzie?” (s. 211). Po zwiedzeniu pola bitewnego autorka pozwoliła sobie na opinię w stylu typowym dla Różewiczowskiego dramatu Do piachu, z niezwykłym weryzmem ukazującego od podszewki (albo raczej od latryny) codzienność towarzyszącą polskim partyzantom: „Literackie opisy bitew nie uwzględniają wszakże tego, co wiem od pewnego uczestnika kampanii wrześniowej, a ściślej od jego wnuka, któremu dziadek zwierzył powszechnie ukrywaną tajemnicę. Tajemnicę gówna w gaciach popuszczanego w śmiertelnym strachu. Tego zawsze było pełno” (s. 212).
Na koniec wypada jeszcze zwrócić uwagę na nieco eklektyczny język tej prozy, w którym oprócz powyższych, jakże dosadnych wyrażeń odnaleźć można liczne słowa i zwroty przejęte przez autorkę z wokabularza podwórkowego (np. gwizdnięty, porąbana, syf, urzędolić, ziomal), swego czasu tak udatnie wypromowanego przez Dorotę Masłowską. Prawdopodobnie jest to przejaw nieuchronnego wpływania mowy młodszego pokolenia na starsze. Jednocześnie fakt ten niezbicie dowodzi tego, że mimo istnienia wieloetniczności, granic i odległości język jako taki wciąż może stanowić znakomite spoiwo łączące bliskie sobie osoby.
barbara.willan@gmail.com
Strona internetowa jest wspierana finansowo przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Redaktor strony internetowej: Ewa Dulna
Skontaktuj się z nami
mail: barbara.willan@gmail.com
tel. 606 680 218
ul. Prosta 17/3
Olsztyn 10 - 029
https://stowarzyszeniemazurskie.pl/
https://stowarzyszeniemazurskie.pl/de
Zrobione w WebWave CMS